Draw it

Aside

Uchwycić duszę w ruchu ciała

W 1880 zlecono Rodin’owi wyrzeźbienie monumentalnych wrót Muzeum Sztuk Dekoracyjnych w Paryżu. Jedną z osobniczych figur reliefowych składających się na majstersztyk „Wrót Piekieł” była ot właśnie Kariatyda.  Ta pierwsza jej wersja, mierząca zaledwie 46 cm, przez samego rzeźbiarza uznana została za jedną z jego najlepszych kompozycji.

Interpretacja twórcy Kariatydy wpasowuje się idealnie w scenerię desperackich grzeszników zaludniających „Wrota Piekieł”, a to dlatego że czysto architektoniczna dekoracja stała się pod palcami mistrza personifikacją losu, oddychającego fatalizmu i pesymizmu. Dla niektórych „Upadała Kariatyda” to nic innego jak kobiecy ekwiwalent Syzyfa, którego zadaniem było na próżno pchać skałę pod górę.

W książce Roberta A. Heinlein’a pt. Stranger in a Strange Land istnieje przepiękny opis znaczenia tej Kariatydy Rodin’a:

Biedna Kariatyda upadła pod ciężarem. To dobra dziewczyna – wystarczy popatrzeć na jej twarz. Poważna, nieszczęśliwa z powodu porażki, nie obwinia nikogo, nawet bogów… a jednak nadal próbuje utrzymać kamień na ramionach, po tym jak się pod nim ugięła. To coś więcej niż tylko dobre rzemiosło demaskujące sztukę negatywną; to symbol każdej kobiety, która kiedykolwiek niosła na barkach zbyt ciężki ładunek. I nie tylko kobiety – to symbol każdej kobiety i mężczyzny, którzy żyli w pocie czoła i nieutyskującym harcie ducha dopóki nie przygniótł ich tego życia ciężar. To wielkie męstwo… i zwycięstwo zarazem.  

Nie ma nic ponad zwycięstwo w porażce. Kariatyda się nie poddaje…. nadal próbuje podnieść kamień, który się na nią stoczył…… jest uosobieniem wszystkich tych niewypowiedzianych bohaterów, którym się nie udało, mimo, że nigdy się nie poddali.  

Wydawać by się mogło, że gipsowy odlew nie może być najwierniejszym oddaniem natury ludzkiego ciała. A jednak! Paul Gsell w rozmowie z Rodin’em: „gips nie jest w stanie oddać wrażenia jakie daje Twoja rzeźba”. Rodin zastanawia się chwilkę, po czym odpowiada: „Zaiste! Bo gips nie jest tak prawdziwy jak moja rzeźba! Bo dla modela jest niemożliwym oddać ten sam ruch ciała w tak długim procesie jakim jest odlewanie figury z gipsu. Ja natomiast zachowuję ten ruch w umyśle, i zmuszam modela do ciągłego dostosowywania się do obrazu, który mam w głowie. Gips odtwarza to, co na zewnątrz, ja, oprócz tego, duchowe wnętrze, które jest z pewnością częścią natury. Widzę całą prawdę, nie tylko jej zewnętrzną powłokę.

Teraz, prawdą jest, że rzeźbiarz nigdy nie zapraszał do współpracy zawodowych modeli. Lubił wybierać ludzi ze względu na charakter, a wybierał tych, którzy uderzali go poprzez uosobienie konkretnej emocji czy charakterystyki. No więc, gdybym to ja zyłą w jego czasach…. i gdyby tak wtedy szukał modelki uosabiającej to co ukazuje w swej istocie Kariatyda, to ja mogłabym, włąsciwie to mogłabym…………………

A ta moja Kariatyda? No cóż – 5 lat zbierała wszystkie możliwe koty. Ale też, jak ja, może się popisać szerokim wachlarzem kątów, w których te koty zbierała. Zaczęła od poznańskiego Łajzarza, zahaczyła o ‘ciepłe kraje, bo tam właściwie się urodziła, a skończyła na strychu w zasypanej śniegiem Lucernie. Tak, to ja – Kariatyda. Na plecach bagaż doświadczeń. Niosę ze sobą, bo nigdy nie wiadomo, może się jeszcze przyda, może kiedyś to, co dziś ciąży, będzie mi bronią – kamieniem, który chętnie rzucę pod nogi tym, którzy teraz rzucają kłody.

 

***

In 1880 Rodin was commissioned to make a set of monumental doors for the Musée des arts décoratifs in Paris. One of the individual figures in relief which ‘The Gates of Hell’ was made of was Caryatid. That first version of it, only eighteen inches high, came to be regarded by the sculptor and his friends as one of his very best compositions.

Rodin’s interpretation of the Greek Caryatid fits into the scenery of desperate sinners populating ‘The Gates of Hell’. Hence, Rodin has transformed an architectural decoration into a personification of destiny and breathing fatalism. For some ‘The Fallen Caryatid’ represents the female counterpart of Sisyphus, whose eternal duty was to roll a rock up a hill in vain.

There is a beautiful depiction of Rodin’s Fallen Caryatid’s meaning in Robert A. Heinlein’s Stranger in a Strange Land:

This poor little caryatid has fallen under the load. She’s a good girl—look at her face. Serious, unhappy at her failure, not blaming anyone, not even the gods…and still trying to shoulder her load, after she’s crumpled under it. But she’s more than just good art denouncing bad art; she’s a symbol for every woman who ever shouldered a load too heavy. But not alone women—this symbol means every man and woman who ever sweated out life in uncomplaining fortitude until they crumpled under their loads. It’s courage…and victory.

Victory in defeat, there is none higher. She didn’t give up…she’s still trying to lift that stone after it has crushed her…she’s all the unsung heroes who couldn’t make it but never quit.

 

Obvious as it would seem that the cast cannot be the most adequate reflection of human body, it is indeed! Conversing with Rodin Paul Gsell argued that “the cast would not give at all the same impression as your work”. Rodin reflected an instant and said: “That is so! Because the cast is less true than my sculpture! It would be impossible for any model to keep an animated pose during all the time that it would take to make a cast from it. But I keep in my mind the ensemble of the pose and I insist that the model shall conform to my memory of it… The cast only reproduces the exterior; I reproduce, besides that, the spirit which is certainly also part of nature. I see all the truth, and not only that of the outside.”

Now the truth was that the sculptor would never use professional models. He liked to choose people by their character and chose models that struck him as embodying a particular feeling or characteristic. Well, if I had lived in his times…. and he had looked for models embodying what Caryatid stands for, I could be, I could really be…………………

And this here Caryatid of mine? Well – she has been gathering all the possible dust bunnies for the past 5 years, and yet, like me, she’s proud of herself to have gathered those in every single angle of this world: she begun at Łazarz, flew Home (as this is where she was actually born) to ‘warmer lands’ for a minute, to then set off for a particular attic in Swiss Luzern covered in piles of snow. Yes, it’s me – Caryatid. A pack of experience on my back. I carry it with me, for you never know when it can come in handy. Maybe one day, what is hell of a load today, will turn into weapon – a stone I’ll cast willingly under the feet of the ones who throw logs under mine now.

 

 

 

 


Aside

Oh, (wo)Man!

Ja chyba też nigdy nie namaluję autoportretu. Ale Dzienniki piszę. A on, choć ich nie tworzył, razu pewnego w związku z jego nieistniejącym-autoportretem wyraził się w ten oto sposób:

„Nigdy nie namalowałem autoportretu. Jestem o wiele mniej zainteresowany mną samym jako podmiotem obrazu, niż innymi ludźmi, w szczególności kobietami…. Nic we mnie szczególnego. Jestem malarzem, który wymalowuje dzień za dniem od ranka do nocy… Ktokolwiek chce dowiedzieć się czegoś o mnie, winien dokładnie przyjrzeć się moim obrazom.”

No to się przyjrzyjmy. Wynika z nich jedno. KOBIETA. Klimta oczarowanie płcią piękną dało wyraz w płodności nie tylko na płótnie ale w życiu samym: dorobił się otóż bagatela 14 potomków.

Dama z wachlarzem to kolejny wariant owej fascynacji i też kolejny okres twórczości malarza – okres późny. Mimo, że w ostatnich latach Klimt nie przerzucił się na inny podmiot (na co tu się przerzucić?!), to styl malarski uległ poważnym zmianom. I tak, jak przedtem nie szczędził płatków złota i srebra, oraz bujnej ornamentyki, teraz zaczął używać subtelnych kolorów, jak lila, koral, łosoś czy żółty. Dzisiejszy obraz nie tylko rozlał się żółcią na płótnie, ale też jest etykietowany nazwą ‘japonizm’ – jak widać po azjatyckiej ornamentacji w tle i po garderobie panny w stylu kimono z motywem chińskiego smoka. I co biograf Klimta, Frank Whitford, nazwał ‘tyranią dekoracji’ w opisie najcenniejszego obrazu malarza „Portrait of Adele Bloch-Bauer I” (notabene, obrazu o dość tragicznej historii, odwołuję do filmu Woman in Gold 2015), to można zauważyć też i tu: malarz oddaje praktycznie każdą przestrzeń płótna ornamentyce, a tylko trochę jej pozostawia dla dłoni i górnej części ciała kobiety.

A teraz, jakby to ujął Monty Python,  „będzie z całkiem innej beczki” : gdzieś między elektronicznymi kartkami wyczytałam pewną ciekawostkę, po której Klimt, jeśli do tej pory nie był moim idolem, stał się  nim definitywnie: W związku z tym iż był  admiratorem dramatycznego efektu światła stosowanego przez niejakiego Hansa Makarta, historycznego malarza wiedeńskiego  ‘Ery Ringstrasse’ (1857-1914) i że szczęśliwie żył w jego czasach, jako student Wiedeńskiej Akademii , ponoć przekupił on jednego ze sług Makarta, by wpuścił go do studia malarza coby Klimt mógł przestudiować jego dzieła w trakcie powstawania;) Dlatego też gdybym to ja żyła w czasach Caravaggia…………………………..

***

I reckon I will never paint a self-portrait either. Though I do write Diaries. And he, though never created one, in one rare writing – “Commentary on a non-existent self-portrait”, he would admit:

“I have never painted a self-portrait. I am less interested in myself as a subject for a painting than I am in other people, above all women… There is nothing special about me. I am a painter who paints day after day from morning to night… Who ever wants to know something about me… ought to look carefully at my pictures.”

So let’s have a close look. There’s only one conclusion coming up: WOMAN. Klimt’s enchantment with women revealed itself very fertile not only on canvas, but in life itself: he succeeded in conceiving a trifle of 14 progenies.

Lady with Fan is yet another version of this fascination and simultaneously another artistic period in the painter’s life – the so-called late period.

Despite Klimt did not switch to a different subject during his final years (Hence, what finer could it be to switch to?!), his style did undergo significant changes. And so, whereas earlier he would do away with the use of gold and silver leaf, and abundant ornamentation, now he began using subtle mixtures of color, such as lilac, coral, salmon and yellow.  The painting of today is indeed a one big splash of yellow, but is additionally tagged as “Japanism” – as show Asiatic ornamentation in the background and the model’s dress in the style of a kimono imprinted with motives of a Chinese dragon. What his biographer, Frank Whitford, called “the most elaborate example of the tyranny of the decorative” when describing Klimt’s most precious masterpiece “Portrait of Adele Bloch-Bauer I” (btw., a painting of a rather tragic history, see the movie Woman in Gold 2015), is visible also in this painting: the painter gives over almost every space on the canvas to ornament, and leaves only its bit to the woman’s hands and upper body.

And now, how to put it… maybe citing Monty Python, „for something completely different”: somewhere among electronic pages I’ve read a curiosity, which made of Klimt a figure to look up to with total admiration (as if he wasn’t it before…): Since Klimt was a huge admirer of a dramatic effect of light employed by Hans Makart, a famous Viennese historical painter of the ‘Ringstrasse Era’ (1857-1914), and was lucky enough to live in his times, still as a student of Vienna Academy, Klimt allegedly bribed one of Makart’s servants to let him into the painter’s studio so that Klimt might study the works in progress;) …if only I lived in Caravaggio’s times…………………………..

 


Aside

zagubiam się w krainie kolorów

Sztalugi na jakiś czas zostawiam, by popląsać trochę po krainie kolorów, by zaczerpnąć intensywnej barwy curry… zapraszam:

https://transasjago.wordpress.com/

kraina currym pachnąca