Draw it

Latest

‘Untitled,’ czyli co autor miał na myśli, i czemu akurat lęk przed śmiercią?

nevermore_beksinski_1979Dobry to klimatycznie dzień na pisanie o Beksińskim: za oknem śniegowa burza, a w duszy barok, jeśli nie katastrofizm w ogóle. Czyli tematycznie blisko. Choć sam malarz, który od rysunku abstrakcyjnego, poprzez malarstwo pełne sadyzmu, masochizmu, zdeformowanej erotyki, aż po barokowe wizjonerstwo i katastrofizm okresu fantastycznego, twierdził że mu wcale o martyrologię, a już na pewno nie o czaszki, krzyże, czy obłażącą skórę chodziło. Mu chodziło ‘po prostu’ o sny. Farbą olejną na płycie pilśniowej ‘po prostu’ oddawał swoje nocne wizje. ‘Po prostu’ widział pewien kształt i chciał ten kształt odtworzyć. Ja też widzę kształty, które chcę później odtwarzać, jednak nie przybierają one form wpółżywych lub półzwierzęcych czołgających się postaci, wraków czy zakapturzonych czaszek. Może to mój a nie Beksińskiego umysł został kiedyś nakarmiony wstrętną wizją i teraz już wyobraźnia nie potrafi inaczej?

Nie chcę oceniać a priori, artysta sam mawiał, że na jego wizjonerstwo o wiele większy wpływ niż samo malarstwo miała np. literatura Kafki czy E.A. Poe, więc o taką a nie inną wizję nie było trudno. Egzaminu ze znajomości malarstwa zdawać nigdy nie zamierzał, ujmując to metaforycznie: „Człowiek, który wpadł do morza, musi pływać, ale to wcale nie znaczy, że od razu rodzi się w nim zainteresowanie stylem pływania, pływactwem światowym i jego historią. Pływa po prostu, by nie utonąć — zresztą i tak utonie.” Tak jak i nie lubił oglądać ‘dobrych obrazów’, gdyż zawsze przy tym pluł sobie w brodę: „że też ja nigdy nic tak fajnego nie namaluję.” Bardziej od treści interesowała go forma – uważał, że to inni dopisują do jego obrazów całą ideologię, interpretując je zgodnie ze swoją psychiką. W istocie, postanowił nie nadawać swoim obrazom tytułów, by spuścić interpretacyjne wodze innych, by nie narzucać się ze swoją własną. Nie tolerował więc dydaktycznego “co autor miał na myśli”, przyrównując je do „wirtualnego hełmu”, w którym nie widzi się tego co się ogląda, lecz to, co się ma zaprogramowane. A Beksiński był daleki od ciągot moralizatorskich i być może dlatego niespecjalnie usiłował przyglądać się światu.

Światu może nie, ale śmierci – prosto w ocz-odoły! Bo chociaż negował przypisywaną swoim dziełom symbolikę, jednego zanegować nawet nie próbował: lęku przed śmiercią. Na różnych etapach swojego życia lęk ten przybierał różne formy, od strachu przed nicością i samotnością śmierci poprzez jego wymiar stricte przyziemny – braku oddechu, wydalania pod siebie, wreszcie, fizycznego bólu. Z tym lękiem nigdy się nie uporał. I z tego lęku wyrosła jego potrzeba twórczości.

Zadaję sobie pytanie, czemu w 1960 artysta odrzucił stypendium Guggenheima w Nowym Jorku? Może przez wzgląd na swego jedynego synka, bo nie chciał być daleko? I może to był błąd, może gdyby wyjechał, synek nie wyrósłby między sztalugami ojca, wpatrzony w trupie czaszki, wampirowate psy, dekadenckie wraki tramwajów i aut, ruiny zamczysk na tle Armagedonu… Nie wiem tego ja, zapewne nie wiesz tego Ty, wiedział chyba tylko syn malarza, który w Wigilię 1999 upomniał się o odpowiedź.

I gdyby nie powyższy fakt, mogłabym Beksińskiego uznać za mego osobistego „Freud’a,” który, spozierając spod swych psychoanalitycznych binokli na mnie, wciśniętą w jego kozetkę, rzuciłby z sarkazmem: “Potrzeba twórczości to najgłupszy sposób zarabiania na życie. Jeżeli ktoś zajmuje się przez całe życie takim szaleństwem jak smarowanie obrazów, to prawdopodobnie z czegoś to wynika. Może chce walczyć z czasem w jedyny dostępny sobie sposób i coś po sobie zostawić…” (z wywiadu „Zdzisław Beksiński: Boję się śmierci” z Remigiuszem Grzelą, 22-02-2005)

Właścicielowi reprodukcji zasugerowałam, by, z braku wolnej ściany, powiesił ją na czas jakiś w domu rodziców. Odpowiedział: “chyba wyrzuciliby mnie z domu”

***

Climatically, pretty ideal day to write about Beksiński: snow storm outside my window; baroque (if not directly catastrophism) in my soul. Thematically spot-on then. Although the painter, who came a long way from abstract drawing, through painting filled with sadism, masochism, or deformed eroticism, to his fantasy period of baroque visionariness and catastrophism, would sustain that martyrology with all those skulls, crosses or peeled-off skin wasn’t his intention. It was ‘just’ a dream. His would oil-paint on fiber-board ‘just’ to reflect his night vision. He ‘just’ wanted to reenact a particular form he had in mind. I also see forms I later want to reenact, yet somehow these are not half-dead or animal-like crawling figures, various wrecks or hooded skulls. Is it my or Beksiński’s mind to have developed such a disgusting vision that the imagination cannot alter?

I wouldn’t want to judge by the cover though. Beksiński often admitted he was much more influenced by literature of Kafka or E.A. Pole rather than with painting alone. No wonder where that vision came from then. He had no intention to put his art knowledge to the test whatsoever, figuratively stating that “a man who’s thrown to the sea has to swim, which does not necessarily mean he develops interest in swimming strokes, or in the history of International Swimming Competition. He just swims in order not to drown – though he will sooner or later.” Similarly, he never liked to look at ‘fine painings’. He would sum it up regretfully:”Damn, I wish I could ever paint something so good!” He was always into the form, and not the contents – he firmly sustained it was others to come up with forced interpretations of his art according to their own psyches. Indeed, he refused to give titles to his works, to unleash imaginative skills in people, as for not to manipulate them with his own. He opposed to the very didactic “what was the author had in mind?” – he found it redundant and would compare it to a “virtual tin hat” people put on and do not see what is in front of their eyes, but what they have in their brains programmed. And yet, Beksiński was far from preaching; he didn’t even try to look into the depths of people’s issues.

So he did not look people into the souls or eyes, but he definitely looked death into the eye-wholes!  For he may have negated all the symbolism assigned to his works, but there was one thing he couldn’t deny: the fear of death. Depending on the stages in his life this fear would manifest itself in the fright for nothingness and solitariness of death, or by more down-to-earth factors, like the feeling of suffocation, defecation, and physical pain. Beksiński never overcame that fear. It is that fear, from which his need for creative activity actually stem.

I keep questioning myself why in 1960 the artist should have refused the Guggenheim grant in New York. Chances are he did it because of his only son – to stay close. Mistake. Maybe if he had gone, his son wouldn’t have grown up among his father’s easels to the sight of all those bare skulls, vampire dogs, decadent car-wrecks and ruined castles in the middle of Armageddon… I don’t know the answer, neither do you.  Only his son seemed to know it when he decided to claim it at Christmas Eve of 1999.

Hadn’t it been for the above, I would have chosen Beksiński for my personal “Freud”. Looking down from above his psychoanalytical pince-nez, on me ducked in his settee, he would bolt sarcastically: “The hunger for creation is the most imbecile way to earn your living. If you keep scribbling drawings for all of your life, there must be a reason behind it. Quite likely, it may seem the only accessible way for you to fight back the time and leave a trace of yourself in the world…. (from the interview “Zdzisław Beksiński: I’m afraid of death” by Remigiusz Grzela, 22-02-2005, [trans. mine])

Advertisements

Into oneness, czyli erotyzm w stylu ‘modern’

Nie, nie jestem fanatyczną wielbicielką Lempickiej. Takie zlecenie:) Ale skoro już na nią padło…

„Adam & Eve”

Po tym, jak ‘blask reflektorów’ jednak Lempicką dopadł (lub bardziej, ona jego), zaproponowano jej pracę nad paroma portretami w Nowym Jorku, dokąd niezwłocznie się udała, w podręcznym kajecie szkicując strukturę tamtejszych wieżowców. I tak właściwie zaczęła się Lempickiej przygoda z całą serią obrazów sylwetek na tle industrialnych budowli.

wyndham lewis

Zanim wejdzie w fazę duchowo-moralnego kryzysu 1934-36 (uosobionego w jej obrazie „Ekstaza Św. Teresy”), w 1931 namaluje Adama i Ewę w wydaniu futurystycznym, który na aukcji w roku 1994 pójdzie za jedyne 1,8 miliona dolarów. Trudno powiedzieć, co było przyczynkiem wywindowania wartości obrazu do takiej ceny: generalne skonfundowanie zgromadzonych na widok nieprzytomnie jaśniejącej nagości ciał kochanków, czy podziw dla kunsztu samej Lempickiej, która podpatrzyła w Louvrze u XVI-wiecznych holenderskich malarzy, że efekt owej nienaturalnej świetlistości ludzkiego ciała może dać jedynie farba olejna na drewnianym panelu, nigdy na płótnie. Tamara z pewnością zakochałaby się w tym zachwycie ogółu, a w szczególności w zawrotnej sumie oferowanej za jej obraz – to pieniądze definiowały dla niej bowiem artystyczną wartość dzieła – artystka potrafiła odmówić sprzedaży obrazu, kiedy oferowana gaża obrażała jej dumę. Tę cielesną świetlistość podpatrzyła nie tylko w Louvrze. Podpatrzyła ją też u modela pozującego w roli Adama, którego z kolei upatrzyła w przystojnym panu policjancie podczas rutynowego patrolu jej dzielnicy. Nie napiszę, co malarka zapamiętała sobie najbardziej, i że był to akurat „duży pistolet”, który, policjant uprzednio się rozebrawszy, składał na starannie ułożonym uniformie; nadmienię jedynie, iż sam obraz pierwotnie miał być plakatem do filmu pt. „Seksualność,” jednak, nie wiedzieć czemu, dowództwo tamtejszej policji się na to nie zgodziło;)

Jedyne, nad czym może zastanawiać się postronny obserwator dzieł bezbożnicy Lempickiej, to wybór motywu ‘Adama i Ewy’ – osób związanych cokolwiek z historią biblijną. Stalowo-betonowe bryły wyrastają na drugim planie niczym drzewa Edenu doby modernizmu, tworząc tym samym kontrast z łagodnie zarysowaną krągłością ciał; tu chłód czarnych brył zmechanizowanego miasta kłóci się z ciepłem bijącym od ludzkich postaci. Ambientalna surowość zmusza kochanków do powrotu do cielesności klasycznej, do zespolenia ich mitologicznie pięknych ciał w jedno wobec wszechotaczającej industrializacji. Na dźwięk słów mitologia, cielesność, modernizm, odzywa się syntetyzująca część mojego mózgu, która natychmiast przywołuje skojarzenie z wytworami wyobraźni Wyndhama Lewisa, następnie ze sceną mocowania się Geralda z Birkinem w Zakochanych Kobietach D.H. Lawrence’a, a w konsekwencji, ze sztruksowym garniturem mojego profesora literatury angielskiej z Mediolanu i jego akademicką biblią Modernismo-modernismi”:)

Moralnie-niemoralnie, modernistycznie-niemodernistycznie, fakt faktem, że jakiś wewnętrzny robal (który zacznie Tamarę trawić na dobre za 3 lata) w środku tej futurystycznej wizji kazał jej wymalować organiczne jabłko, na znak powrotu do natury; na dowód, że mimo całej tej mechanizacji, podstawową formą komunikacji międzyludzkiej i tak pozostanie żywy język uczuć, a bardziej nawet pożądanie. Ludzie będą na siebie otwarci dopóty, dopóki będą otwarci seksualnie. Proste:) Ta bezbłędnie uniwersalna prawda to cała scheda po bezbożnej Lempickiej. Karmmy się nią, zwłaszcza w ten przeklęty dzień zakochanych!

I znów: nie wiem gdzie podziewa się oryginał, za to skądinąd wiem, że reprodukcja w bardzo pożądanym miejscu – pewnej sypialni;)

***

No-no, I’m not obsessed with Lempicka. The client’s order – simple as that. But while we’re here…

„Adam & Eve”

Lempicka did end up in that ‘spotlight’ after all, and so she was proposed to work on several portraits in New York. Hopefully, while she was doing her bags, she didn’t forget  to pack her draft-book to sketch the city skyscrapers in. This is how her journey with the whole series of portraits on top of backgrounds filled with industrial buildings actually started.

Before she undergoes the moral crisis in 1934-36 (consolidated in  her “Ecstasy of Saint Teresa”) in 1931 she will paint a futuristic version of Adam and Eve, which will go for a trifle of $ 1,8 mln on auction in 1994.  Hard to say, what exactly was the reason for such a rocketing of this painting’s price. Was it general embarrassment of the audience dazzled by impossibly luminous nakedness of the two bodies; or rather, admiration for the artistic capacity to reflect it, which Lempicka achieved by learning from XVIth century Dutch paintings in Louvre that such unnatural translucence of a human body can only be obtained due to oil painting on wood panels, never on canvas. Tamara would have loved that pleasing regard for her masterpiece, though she would have much more appreciated the price offered – it was money to define artistic worth of a painting to her – she would refuse to sell paintings if the offers insulted her pride. It was not only Louvre where she espied that bodily luminousness. She also spotted it in the model posing as Adam, whom she in turn found in a handsome Mr. Policeman doing his rounds in the neighborhood. I wouldn’t dare to write, what was the artist remembered the most from those sessions, and that it happened to be “his big pistol” set down upon a neatly folded uniform. I may only mention that the painting itself was intended as a poster for a film “Sexualism.” Who knows why this idea was eventually turned down by the police headquarters;)

The only doubt that can possibly cross an ordinary observer’s mind is how come such a sinner like Lempicka could have come up with ‘Adam & Eve’ theme – all in all, quite biblical characters. Cubes of steel and concrete grow out of the backdrop like trees of modern-style-Eden, contrasting as such with a rounded outline of the bodies. Harsh landscape of a mechanized city clashes with the warmth emitted by carnal bodies. The surrounding rawness forces the two lovers to return to the classical sensuality, to the unification of their mythological corporal beauty in the face of omnipresent industrialization. At the sound of these three words: mythology, carnality, modernism, the synthesizing part of my brain immediately conjures up associations with Wyndham Lewis, Gerald and Birkin’s wrestling scene in D.H. Lawrence’s Women in Love, and – dulcis en fundo – with the corduroy jacket on my English literature professor in Milan and his academic ‘bible’ Modernismo-modernismi🙂

Let us drop the ‘moral and the ‘modern.’ Hence as a matter of fact, some kind of a bug-of-conscience (that will start devouring Tamara in 3 years time) made her paint an organic apple in the middle of that futuristic vision. The fruit epitomizes a return to nature, and pinpoints the fact that inside that technology-driven realm, the fundamental form of communication is nevertheless  the language of emotions, or better still, sexual desire. People will be open towards each other as long as they are openly sexual. As simple as that:) This unmistakably timeless truth is the ultimate heritage we have endowed after Lempicka, the sinner. So do nourish on that, especially today, at the damn Day of Lovers.

And again, I don’t have a bloody idea where the original is, whereas I do know from some sources, that the replica is in a very lust-ful place, in those sources’ bedroom;)

Fully in control, czyli feministycznie

Nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała pograć trochę na moim własnym imidżu stereotypowo zakodowanym w wyobraźni tych, którzy myślą, że mnie znają. Stąd zawsze ‘dźwięczne’ ostatnie słówko tematu na ‘f’.

Jednak wbrew wszelkim pozorom (ugruntowanym przez powyższy akapit) tu nie będzie moich historii. Będą historie obrazów; a jeśli czas, talent, i rozciągliwość ekranowa tego bloga pozwolą, będą też historie ich reprodukcji.

“The Woman in the Green Bugatti”

Kertesz pic

Nie ‘jakaśtam’ kobieta, tylko Tamara de Lempicka we własnej osobie, i nie w ‘jakimśtam’ zielonym Bugatti, tylko w swym żółtym Renault. Tak przynajmniej głosi wieść gminna, według której ten majstersztykowski autoportret powstał na prośbę redaktorki modniarskiego pisma Die Dame, która się była mocno podekscytowała „nieodparcie uwodzicielską” Tamarą, przyuważoną na uliczkach Monte Carlo (widocznie sama redaktorka również zdradzała skłonności biseksualne;), i chciała koniecznie unieśmiertelnić wizerunek malarki na okładce swego magazynu. Jak się miało wkrótce okazać, nie była to ostatnia okładka, na którą Tamara z impetem wjechała wyimaginowanym Bugatti. Wjechała tak w Point Counter Point Aldous Huxley; i, zdaje się, w Wielkiego Gatsby’ego Fitzgerald’a (możliwe, że jestem w posiadaniu tegoż wydania). Właściwie nic dziwnego – tak Wielki Gatsby, jak Autoportret w zielonym Bugatti, stały się w swych dziedzinach emblematami stylu „Arts Decoratifs”.

A to, że sama kobieta za kółkiem była z pewnością ‘hitem sezonu,’ stając się jednocześnie ikoną czasów, to jest właśnie ten haczyk, na którym zawiśnie wyżej wspomniane słówko na ‘f’. Bo ten portret był, nie tyle wizją kobiety i jej umiejscowienia w tamtej czaso-przestrzeni, co wersją kobiety wg art deco: eleganckiej, vamp-owskiej, a przede wszystkim wolnej (swoją drogą, uwolnionej trochę przez wiatr pędzony kołami jej odjechanej bryki:) Abstrahując od całego tego blasku reflektorów, o którym Lempicka zawsze marzyła, i wizerunku sportowej nonszalancji (podpatrzonym zresztą w 1928 na zdjęciu u Kertesza), owa ‘dama za kółkiem w pełnej kontroli nad pędzącym automobilem’ jest dość wyraźnym odzwierciedleniem tego, jak ona sama chciała siebie widzieć, i jak chciała, żeby widzieli ją inni. No i sobie ten image wymalowała – w drapieżności przymrużonych oczu, i kierownicy trzymanej nonszalancko pewną ręką w niewybrednej rękawicy (zapewne tej od Hermes’a).

Nie wiem, gdzie koniec końców zawisł oryginał. Wiem, że reprodukcja wisi w salonie u mojej siostry:)

***

I wouldn’t be me, if I didn’t play a little with my own image stereotypically coded in the minds of people who think they know me. This is where the title’s cute word on ‘f’ in Polish drives in.

Strangely enough (although the above paragraph would say otherwise) you won’t read stories about me here. There will be stories about paintings; and if time, talent, or flexibility of this blog’s screen allow there might be some stories on the painted replicas.

“The Woman in the Green Bugatti”

It’s not ‘whatever’ woman, but Lempicka herself; and it’s not ‘whatever’ green Bugatti, but her yellow Renault. At least legends say so. According to one, this masterpiece self-portrait was commissioned to her by the editor of a fashion magazine Die Dame. On seeing “irresistibly seductive” Tamara, the woman was so taken by the picture (the editor apparently bisexual too;) that she indispensably wanted it immortalized at her magazine’s cover. It was soon to be discovered that it hadn’t been the only cover Tamara speeded into with her imagined Bugatti. She did so with Aldous Huxley’s Point Counter Point; and, as far as one book from my personal collection tells me, Fitzgerald’s Great Gatsby. No wonder actually, both Great Gatsby, and Self-portrait in Green Bugatti have become emblematic of “Arts Decoratifs” style in their respective artistic fields.

Yet a different story and a sort of a catch for that cute word on ‘f’ in the title above was the very image of ‘a woman at the wheel,’ which happened to be in itself a hit parade, and simultaneously became an iconic picture of that era. Not only did it define a vision of a woman and her place of the particular space’n’time, but also it showed a version of an art-deco-woman: elegant, vamp-like, but first and foremost – liberated. By the way, ‘liberated’ by the air lifted with the rattling wheels of her pimp-my-ride-car:) Apart from all that ‘spotlight’ Lempicka always longed to be in, apart from all that sportive nonchalance (spied in 1928 at Kertesz’ photo), that ‘lady at the wheel and fully in control of a speeding automobile’ mirrors quite strikingly the way the artist wanted to perceive herself, and how she wanted to be perceived by others. So she simply painted it – in the rapacity of those hooded eyes, and the wheel nonchalantly handed with a firm palm of her hand clothed in a classy glove (most probably the Hermes’ kind).

Dunno, where the original ended up eventually. Know only, the replica hangs in my sister’s living room:)

Caravaggio’s scholar

Pracowałam kiedyś w takim miejscu, gdzie anonimowe ankiety na temat mojego stosunku do pracodawcy trafiały na samo dno elektronicznej szuflady pani z działu HR. Tam też trafiła jedna taka, która o dziwo nie miała przysłużyć się pracodawcy. Dla odmiany, miała się mu podlizać. Dlatego ta moja, wielce anonimowa, trafiła na dno tej szuflady. A szkoda. Obok pytania o “Twoje ulubione danie” i “Ostatnią przeczytaną książkę” znalazło się takie:

“Kim chciałbyś być, gdybyś przez jeden dzień mógł być kimś, kim nie jesteś?”

Moja odpowiedź nie zdała egzaminu na ‘najzajebistszego podlizywacza roku’ i tym samym nie została opublikowana na łamach prestiżowej gazetki firmowej. No cóż, publikuję teraz:

“Uczniem Caravaggi’a”

***

Once upon a time I worked in a place, where anonymous surveys on my attitude towards the employer would go straight to the electronic ‘rubbish bin’ at the HR-lady’s desktop. It’s where one of that sort ended up. The one that, surprisingly, wasn’t intended to serve the employer, but to… suck up to him, for a change. That is why, this highly anonymous survey of mine slid down rather smoothly into the rubbish bin. What a shame considering that among such questions like “Your favorite dish” or “Last book you’ve read” I found the following:

“Who would you like to be, if you could be someone completely different for a day?”

Apparently, my response didn’t pass the test for “the most dandyish sucker-up of the year,” and so it was not included in the publishing plan of the company’s monthly newsletter. Well, now’s my time to publish it:

“I would be Caravaggio’s scholar”

p12733925.jpg