Draw it

Beksiński

Zwalczyć śmierć odciskiem palca

Wczytując się w jeden wywiad Beksińskiego i jego odpowiedź na temat jego rzekomej izolacji w sanockim grajdołku, w końcu zrozumiałam co chciał wyrazić poprzez wbicie gwoździa w środek podłogi swego domu na znak: ”O, tu jest środek kuli ziemskiej… To Warszawa jest oddalona od tego gwoździa, a nie Sanok.”

Bo co to właściwie znaczy oddalony od centrum świata? Gdzie właściwie jest to centrum świata, i czy takowe istnieje absolutnie? Beksiński zarzucał Polakom, że “żyją w poczuciu oddalenia od czegoś, co jest gdzieś, skąd nas powinni dostrzec i pochwalić lub uznać za swoich.” A gdyby tak każdy, pilnując własnego nosa, stworzył sobie własne centrum świata tam, gdzie akurat stoi? Gdyby tak wszyscy przestali oglądać się na innych, i dali sobie prawo do własnej tożsamości? Stali by się zaiste pępkami świata, ale swojego własnego. „Środek Świata jest tam, gdzie sam siedzę i nie jest to zaściankowość, izolacjonizm, ksenofobia, lecz poczucie własnej jedyności i autentyczności. Coś podobnego pisał Gombrowicz…”

Żył i malował po swojemu, a właściwie ‘dla siebie’, w nosie mając przyprawiane mu przez obcych facetów gęby (by zaciągnąć trochę Gombrowiczem) i ich opinie, bo, jak twierdził, on jeden najlepiej wiedział, kiedy i co “spartaczył” w obrazie. [Bogiem a prawdą, to co uznałby za spartaczenie Beksiński, dla większości artystów byłoby zapewne niemożliwym do pojęcia ich abstrakcyjnym rozumem, o odwzorowaniu na płótnie nie wspominając.]

Pytany o inspiracje, deprymował się – przecież nigdy nie wyściubił nosa w ich poszukiwaniu, nie tyle ze swego grajdołka nawet, co z Polski także. Twierdził, iż z faktu, że sam maluje, nie musi wynikać zainteresowanie dla zagadnień estetycznych, tłumacząc to metaforą o człowieku, który wpadł do morza i musi pływać,choć to wcale nie znaczy, że staje się miłośnikiem stylów pływania. „Pływa po prostu, by nie utonąć — zresztą i tak utonie.”

W malowaniu upatrywał przyczynę i cel swej egzystencji. Przyczyna ginie w mrokach wczesnego dzieciństwa, jest niedającym się przeanalizować pociągiem do rysunku który z czasem przeistoczył się w niczym niezastępowalną potrzebę tworzenia. Cel określał natomiast jako „beznadziejny” – malowanie jest “jedynym dostępnym sposobem by zwalczyć śmierć i zostać pod postacią obrazów.”

Obraz jest wyrazem unikalnej tożsamości artysty – jego niepowtarzalnym odciskiem palca w dziejach historii (a przynajmniej historii sztuki). Dlatego też, marzeniem Beksińskiego była rozpoznawalność – jakaś cecha wspólna, jednolity styl, sposób widzenia czy położenia farby we wszystkich jego dziełach –  „tak aby za pierwszym spojrzeniem można było powiedzieć, że to zrobił Beksiński.”

Do samych odcisków palca podchodził z przymrużeniem oka, mówiąc: „nie oznacza to rzecz jasna, iż z każdym, kto zostawia po sobie odciski palców, spędziłbym chętnie roczny urlop na bezludnej wyspie, czasami pięciominutowe spotkanie w tramwaju mo­głoby być już zbyt męczące, niemniej podobne wartościowanie ma już charakter wyłącznie towarzyski.”

Był Beksiński właścicielem tych odcisków, z którymi wytrzymalibyśmy dłużej niż towarzyskie 5 minut przy kawie [bądź sztaludze]? Pozostawiam do własnego osądu. Jednocześnie, bez cienia wątpliwości i zbędnych pytań o opinię, jedno jest pewne: „To zrobił Beksiński”:

***

At the lecture of one of Beksiński’s interviews and his answer on his alleged isolation in Sanok – ‘a one horse town,’ I finally figured it out, what he meant by fixing a nail in the center of the floor in his apartment: „Yes, here is the center of the Earth… It’s Warsaw, not Sanok, miles away from this nail here”.

For what does it exactly mean ‘being away from the center of the world’? Where is this center exactly? Does it even exist absolutely? Beksiński would criticize Poles for “living in a conviction of being away from something, which is somewhere, from where we should be noticed or accepted us fellows.” And what if each person, minding one’s own business, created one’s own center of the world where one actually happens to stand with his two feet? What if everybody stopped bothering what everybody else has got to say, and gave oneself the right to one’s own identity? They would indeed become hubs of the universe, yet it would be a universe of their own. „The center of the world is where I sit. It ain’t localism, isolationism, or xenophobia; but rather a sense of a personal uniqueness and authenticity. Already Gombrowicz wrote something of that kind…”

He lived and painted as he wished, or better, to his own delight, not giving a darn thing about other chaps’ dressing him up with mugs (to use Gombrowicz’s jargon), or about their opinions, for, he alone knew best when and what he had messed up in a painting. [To tell the truth, what he would call ‘messing up’ the majority of artists would not even dare to imagine within their abstract minds, not to mention reflecting it on the canvas.]

Asked for inspirations he would pout – as in order to search for them, he never stuck his nose out from, not only that ‘one horse town’ of his, but from Poland on the whole. He believed that the single fact of him painting does not necessarily mean he should be interested in aesthetics in general. He would compare it to a man who fell into the sea and had to start swimming, which does not necessarily mean he should become a fan of different swimming styles right away. „He swims just not to drown – which will happen anyhow”.

In the act of painting he saw both, the reason and goal of his existence. The reason blurred in the darkness of his early childhood was an unexplainable craving to draw, which with time became a need to create insatiable with anything else. The goal, on the other hand, was something he would call ‘hopeless’ – for the act of painting is the only accessible way to conquer death and to stay alive by means of masterpieces.

The painting is an expression of an artist’s unique identity – his unrepeatable fingerprint in the history (at least in the history of art). This is why, one of Beksiński’s dreams was recognizability – some common characteristic, a uniform stile, or a way of perceiving or applying paint iqual to all of his paintings, so that „at first sight it is possible to say <<It’s Beksiński’s>>”.

As for the fingerprints themselves, he would take the concept with a pinch of salt by saying: „it does not mean obviously, that I would eagerly spend a year-vacation on a desert island with every man who leaves a fingerprint in history. 5-minute encounter in a street car sometimes wears you out too much, nevertheless similar perception is yet of an exclusively social character.”

Thus, was Beksiński the owner of those fingerprints which we could bear for more than the conversational 5 minutes at a coffee [or an easel]? I leave it to your discretion. At the same time, without a shadow of a doubt or useless opinion-asking, one thing is certain: „This is Beksiński’s”:

Advertisements

‘Untitled,’ czyli co autor miał na myśli, i czemu akurat lęk przed śmiercią?

nevermore_beksinski_1979Dobry to klimatycznie dzień na pisanie o Beksińskim: za oknem śniegowa burza, a w duszy barok, jeśli nie katastrofizm w ogóle. Czyli tematycznie blisko. Choć sam malarz, który od rysunku abstrakcyjnego, poprzez malarstwo pełne sadyzmu, masochizmu, zdeformowanej erotyki, aż po barokowe wizjonerstwo i katastrofizm okresu fantastycznego, twierdził że mu wcale o martyrologię, a już na pewno nie o czaszki, krzyże, czy obłażącą skórę chodziło. Mu chodziło ‘po prostu’ o sny. Farbą olejną na płycie pilśniowej ‘po prostu’ oddawał swoje nocne wizje. ‘Po prostu’ widział pewien kształt i chciał ten kształt odtworzyć. Ja też widzę kształty, które chcę później odtwarzać, jednak nie przybierają one form wpółżywych lub półzwierzęcych czołgających się postaci, wraków czy zakapturzonych czaszek. Może to mój a nie Beksińskiego umysł został kiedyś nakarmiony wstrętną wizją i teraz już wyobraźnia nie potrafi inaczej?

Nie chcę oceniać a priori, artysta sam mawiał, że na jego wizjonerstwo o wiele większy wpływ niż samo malarstwo miała np. literatura Kafki czy E.A. Poe, więc o taką a nie inną wizję nie było trudno. Egzaminu ze znajomości malarstwa zdawać nigdy nie zamierzał, ujmując to metaforycznie: „Człowiek, który wpadł do morza, musi pływać, ale to wcale nie znaczy, że od razu rodzi się w nim zainteresowanie stylem pływania, pływactwem światowym i jego historią. Pływa po prostu, by nie utonąć — zresztą i tak utonie.” Tak jak i nie lubił oglądać ‘dobrych obrazów’, gdyż zawsze przy tym pluł sobie w brodę: „że też ja nigdy nic tak fajnego nie namaluję.” Bardziej od treści interesowała go forma – uważał, że to inni dopisują do jego obrazów całą ideologię, interpretując je zgodnie ze swoją psychiką. W istocie, postanowił nie nadawać swoim obrazom tytułów, by spuścić interpretacyjne wodze innych, by nie narzucać się ze swoją własną. Nie tolerował więc dydaktycznego “co autor miał na myśli”, przyrównując je do „wirtualnego hełmu”, w którym nie widzi się tego co się ogląda, lecz to, co się ma zaprogramowane. A Beksiński był daleki od ciągot moralizatorskich i być może dlatego niespecjalnie usiłował przyglądać się światu.

Światu może nie, ale śmierci – prosto w ocz-odoły! Bo chociaż negował przypisywaną swoim dziełom symbolikę, jednego zanegować nawet nie próbował: lęku przed śmiercią. Na różnych etapach swojego życia lęk ten przybierał różne formy, od strachu przed nicością i samotnością śmierci poprzez jego wymiar stricte przyziemny – braku oddechu, wydalania pod siebie, wreszcie, fizycznego bólu. Z tym lękiem nigdy się nie uporał. I z tego lęku wyrosła jego potrzeba twórczości.

Zadaję sobie pytanie, czemu w 1960 artysta odrzucił stypendium Guggenheima w Nowym Jorku? Może przez wzgląd na swego jedynego synka, bo nie chciał być daleko? I może to był błąd, może gdyby wyjechał, synek nie wyrósłby między sztalugami ojca, wpatrzony w trupie czaszki, wampirowate psy, dekadenckie wraki tramwajów i aut, ruiny zamczysk na tle Armagedonu… Nie wiem tego ja, zapewne nie wiesz tego Ty, wiedział chyba tylko syn malarza, który w Wigilię 1999 upomniał się o odpowiedź.

I gdyby nie powyższy fakt, mogłabym Beksińskiego uznać za mego osobistego „Freud’a,” który, spozierając spod swych psychoanalitycznych binokli na mnie, wciśniętą w jego kozetkę, rzuciłby z sarkazmem: “Potrzeba twórczości to najgłupszy sposób zarabiania na życie. Jeżeli ktoś zajmuje się przez całe życie takim szaleństwem jak smarowanie obrazów, to prawdopodobnie z czegoś to wynika. Może chce walczyć z czasem w jedyny dostępny sobie sposób i coś po sobie zostawić…” (z wywiadu „Zdzisław Beksiński: Boję się śmierci” z Remigiuszem Grzelą, 22-02-2005)

Właścicielowi reprodukcji zasugerowałam, by, z braku wolnej ściany, powiesił ją na czas jakiś w domu rodziców. Odpowiedział: “chyba wyrzuciliby mnie z domu”

***

Climatically, pretty ideal day to write about Beksiński: snow storm outside my window; baroque (if not directly catastrophism) in my soul. Thematically spot-on then. Although the painter, who came a long way from abstract drawing, through painting filled with sadism, masochism, or deformed eroticism, to his fantasy period of baroque visionariness and catastrophism, would sustain that martyrology with all those skulls, crosses or peeled-off skin wasn’t his intention. It was ‘just’ a dream. His would oil-paint on fiber-board ‘just’ to reflect his night vision. He ‘just’ wanted to reenact a particular form he had in mind. I also see forms I later want to reenact, yet somehow these are not half-dead or animal-like crawling figures, various wrecks or hooded skulls. Is it my or Beksiński’s mind to have developed such a disgusting vision that the imagination cannot alter?

I wouldn’t want to judge by the cover though. Beksiński often admitted he was much more influenced by literature of Kafka or E.A. Pole rather than with painting alone. No wonder where that vision came from then. He had no intention to put his art knowledge to the test whatsoever, figuratively stating that “a man who’s thrown to the sea has to swim, which does not necessarily mean he develops interest in swimming strokes, or in the history of International Swimming Competition. He just swims in order not to drown – though he will sooner or later.” Similarly, he never liked to look at ‘fine painings’. He would sum it up regretfully:”Damn, I wish I could ever paint something so good!” He was always into the form, and not the contents – he firmly sustained it was others to come up with forced interpretations of his art according to their own psyches. Indeed, he refused to give titles to his works, to unleash imaginative skills in people, as for not to manipulate them with his own. He opposed to the very didactic “what was the author had in mind?” – he found it redundant and would compare it to a “virtual tin hat” people put on and do not see what is in front of their eyes, but what they have in their brains programmed. And yet, Beksiński was far from preaching; he didn’t even try to look into the depths of people’s issues.

So he did not look people into the souls or eyes, but he definitely looked death into the eye-wholes!  For he may have negated all the symbolism assigned to his works, but there was one thing he couldn’t deny: the fear of death. Depending on the stages in his life this fear would manifest itself in the fright for nothingness and solitariness of death, or by more down-to-earth factors, like the feeling of suffocation, defecation, and physical pain. Beksiński never overcame that fear. It is that fear, from which his need for creative activity actually stem.

I keep questioning myself why in 1960 the artist should have refused the Guggenheim grant in New York. Chances are he did it because of his only son – to stay close. Mistake. Maybe if he had gone, his son wouldn’t have grown up among his father’s easels to the sight of all those bare skulls, vampire dogs, decadent car-wrecks and ruined castles in the middle of Armageddon… I don’t know the answer, neither do you.  Only his son seemed to know it when he decided to claim it at Christmas Eve of 1999.

Hadn’t it been for the above, I would have chosen Beksiński for my personal “Freud”. Looking down from above his psychoanalytical pince-nez, on me ducked in his settee, he would bolt sarcastically: “The hunger for creation is the most imbecile way to earn your living. If you keep scribbling drawings for all of your life, there must be a reason behind it. Quite likely, it may seem the only accessible way for you to fight back the time and leave a trace of yourself in the world…. (from the interview “Zdzisław Beksiński: I’m afraid of death” by Remigiusz Grzela, 22-02-2005, [trans. mine])