Draw it

Archive for November, 2013

A través de llanto ira y ternura

W końcu doczekałam jakiegoś ‘Południowca’! I dzięki Bogu – trochę się zimno w Europie zrobiło, nawet tej południowej, więc dziś wpatrując się w kolor palonej sieny obrazów Oswalda Guayasamin’a teleportuję się do pokrytych pyłem uliczek labiryntu villas. Nie bez przyczyny dziś myślę o Ciudad Oculta i doświadczeniu tamtejszych ludzi. Humanistą być przez duże ‘H’. Pozwolić sobie dojrzeć poprzez szloch, gniew, w końcu wrażliwość. Taaaaa – artyści – chamy z natury jakoś mi się nie podobają. Niech artysta będzie przede wszystkim człowiekiem. Człowiekiem przez duże ‘C.’ W tym sensie był Guayasamin rodzajem artystycznego ‘Che Guevary’.

Może się to wszystko zaczęło od mamy mestiza i genetycznego spadku mieszanki rasowej, przez którą był w szkole obiektem rasizmu i dyskryminacji. A może od momentu kiedy w roku 1932 w wieku 12 lat stracił najbliższego przyjaciela w 4-dniowym powstaniu robotników w Ekwadorze. A może tym, co ukształtowało jego światopogląd, była wycieczka po krajach Ameryki Łacińskiej, w którą wybrał się w wieku 28 lat, i niczym młody Ernesto Guevara podczas swej motocyklowej wyprawy (Diarios de motocicleta), dając sobie szansę napatrzenia się na okrucieństwa wojny i opłakane warunki życia na pograniczu ubóstwa.

Nieodparta chęć pokoju i sprawiedliwości dla uciśnionych stała się odtąd główną tematyką jego pracy twórczej. To nic, że jako prawdziwy społecznik zaprzyjaźnił się z Fidelem Castro – Che Guevara razem z Matką Teresą też tacy do końca ‘święci’ nie byli;) – Guayasamin był bądź co bądź tylko człowiekiem. Człowiekiem, nie Bogiem, by przewidzieć, że komunizm to utopia; Człowiekiem, który wzniósł świątynię nie ku czci tego Boga, lecz ku czci zwykłych Ludzi. Ku czci Ludzi wymalował wybitne murale: na madryckim lotniku Barajas, w ekwadorskim Kongresie, czy w siedzibie UNESCO w Paryżu. Tematykę tego ostatniego, „Madres y Niños”, sam autor umotywował słowami:

„Miliony dzieci umiera z głodu lub wskutek łatwo uleczalnych chorób, bez szkoły, dachu nad głową, włócząc się po ulicach w pyle i suszy; dzieci ‘stare’ pozbawione radości, z ich wielkimi mokrymi oczyma błyszczącymi od smutku: męczennicy, którzy nie rozumieją własnego bólu… Rozumieją tylko strach!”…*

Obraz „Rostro y mano”, jak dziesiątki innych przedstawiających porysowane bruzdami twarze schowane za długopalczastymi dłońmi, często splecionymi w pięść, wyraża chyba wszystko, co sama kiedykolwiek obrazem chciałabym umieć oddać: szloch – gniew – wrażliwość.

Być może przemierzając wzrokiem po ścianach ‘Capilla del Hombre’ (Kaplicy Człowieka) – muzeum malarza w Quito – da się zauważyć 3 etapy artystycznej twórczości wyznaczone przez samego artystę: gdzie skończył się okres ‘szlochu’ nad biedotą pueblos Południowej Ameryki; gdzie trwał artysta w ‘gniewie’ nad tragedią życia w XX wieku, ‘ery katastrof’; a gdzie w delikatnych rysach matek i dzieci pogrążonych w objęciach wymalował swą ‘wrażliwość’ na ludzkie cierpienie i nadzieję na lepszą przyszłość…

* “Millones de niños que mueren de hambre o de enfermedades fácilmente curables, sin escuela, sin hogar, deambulando por las calles o la tierra seca; niños viejos sin un día de alegría, con sus grandes ojos húmedos, brillantes de tristeza: mártires, que ni siquiera entienden su dolor… ¡Solamente el miedo!”…

* Mi homenaje a los niños de Ciudad Oculta (BA)

***

Finally it’s turn for some Latin-man! High time, I would say, since there we go with the polar chill in Europe, even in the Mediterranean part, so today contemplating the siena oxide of Oswaldo Guayasamin’s paintings I get carried away to the dusty passages of the villa labyrinth. Not without a reason should I think of Ciudad Oculta and of the experience of its inhabitants today. To be a Humanist, written with the capital ‘H’. To let oneself grow through sob, rage, and tenderness eventually. Right… – somehow  asshole artists do not speak to me. Let the artist be a Human to begin with. A Human, written with the capital ‘H’. In that sense Guayasamin was a sort of an artistic ‘Che Guevara’.

May it be, that it all started with the artist’s mestizo mother and his mixed racial heritage for which he experienced racism and discrimination at school. Or, was it in 1932, when at the age of 12 he lost his closest friend in the 4 day civil war in Ecuador. Or maybe, what influenced his world-view the most was his travel throughout Latin America at 28, to witness the ravages of war and the deplorable living conditions of the people at the margin of poverty, like young Ernesto Guevara during his motorcycle ride (Diarios de motocicleta).

Hence, his unwavering urge for peace and justice for the downtrodden became a major theme in his artwork. Doesn’t matter that he then developed a life-long friendship with Fidel Castro – neither Che Guevara nor Mother Theresa were that ‘saint’ after all;) – and Guayasamin was in truth only a human. A Human, not a God to foresee that the idea of Communism is Utopian in practice; a Human who would erect a temple to praise not a God, but an ordinary Man. It was also for the latter that the artist created his unique murales at the Barajas airport in Madrid, at the Ecuadorian Congress, or at the UNESCO headquarters in Paris. The choice of the theme for the last one is motivated by the author himself as follows:

„Millions of children starve to death or die of easily curable diseases; without school, or shelter, vagabonding in the streets and at a dusty land; ‘old’ children is what they are, without a single day of joy, with their big wet eyes that twinkle with sorrow: martyrs who can hardly understand their pain… The fear is the only thing they comprehend!”…*

The painting „Rostro y mano”, like tens of similar ones portraying wrinkled faces hidden under long-fingered hand palms often clasped in a fist, reveals everything that I could ever imagine to be able to express in a painting:  sob – rage – tenderness.

While eye-wandering through the walls of ‘Capilla del Hombre’ (Chapel of Man) – the artist’s museum at Quito – one will be able to distinguish 3 stages in the painter’s lifetime artwork: a point when the ‘sob’ over oppressed pueblos of Latin America had finished; another absorbed by ‘rage’ at the tragedy of XXth century, ‘the era of catastrophes’; or the one where, in delicate features of mothers and children clung to each other in a warm embrace, he depicted his ‘tenderness’ and hope for a better future…