Draw it

Archive for May, 2013

Tulipany na Dzień Mamy

Edwarda Dwurnika nie znałam. Koleżanka  rzuciła tylko: a znasz tego… no wiesz, tego polskiego malarza, no tego… od tych oczu… i noooo, od tych tulipanów!!!!

Już znam Edwarda Dwurnika. Chłopak, jak mówił o sobie, „bez żadnej wizji swojej twórczości”, który mimo to trafił do ASP, i mimo to, w dalszym ciągu wizji nie nabył. W wir tworzenia wpadł dopiero po zetknięciu z malarstwem Buffet’a i Nikifora. Cudem się więc uchowałam od znajomości Dwurnika, podczas gdy on zgarnia nagrody paryskie, seulskie, ‘wisi’ w Wiedniu, Bazylei i Waszyngtonie, i maluje swój pięciotysięczny-któryś obraz. Ja poznałam Dwurnika od noooo, tych tulipanów! 

Zurych DwurnikAle to nie tulipanami ze swego „Cyklu XXIII” mnie malarz ujął. Nie tą najprostszą w swej trójwymiarowości (a właściwie jej braku) formą linearnego przedstawienia bez perspektywy, z cyklu tzw. niezaangażowanego, podyktowanego zachwytem nad agresywnie wychlapanym gęstą farbą taszyzmem Pollocka. On mnie ujął cyklem „Podróży Autostopem,” i jego późniejszym coraz to doskonalszym odsłonom: „Diagonalnymi” i „Błękitnymi miastami”. Tu się coś dzieje, i to jest ‘coś’ o wiele bardziej dynamicznego od ekspresjonistycznych machnięć pędzlem. Tu się autor zmaga ze wkomponowaniem trójwymiarowego kąta widzenia miasta w płaskość obrazu. Miasto pod takim kątem deformuje proporcje, staje się tak klaustrofobicznie stłoczone, że aż żywe. Tu jest ‘coś’, czym się autor przed nami odkrywa ze swym lękiem, być może wstrętem do ludzkich zbiorowości… Dopiero cykl „miast błękitnych” daje ukojenie. Malarz sugeruje receptę Goethego: „zestroić oko i ducha unisono i zatopić się całkowicie w błękitach”. Niewyobrażalne jest dla mnie, jak można uzyskać efekt niemal absolutnej czerni poprzez nałożenie na siebie podwójnej warstwy błękitu pruskiego, i oślepiającej bieli poprzez rozbielenie ceruleum. Błękit jest szlachetny bo nie nuży; właściwie to koi, jak ukoił niepokojący chaos miejskich „Autostopów” Dwurnika. I uwalnia poprzez spojrzenie z góry: chaotyczne widzenie miasta z perspektywy ulicznej, „z lotu ptaka” ulega oczyszczeniu, staje się syntezą miasta, a w sensie metaforycznym, syntezą ludzkiego losu.

Współczesne abstrakcyjne obrazy Dwurnika rezygnują z piękna, nie starają się go tworzyć. Wydają się gwałtowną, ale również euforyczną ucieczką od treści, znaczeń. Artysta maluje dużo i szybko, jakby chciał zapomnieć o myśleniu, a uwolnić intuicję. Czasem po prostu nie można znieść rzeczywistości. Odpoczynkiem i ucieczką od niej stały się weduty morza – nic tu nie ma prócz błękitnych, przenikających się nawzajem fal. Te tulipany też są taką ucieczką…

Wszystkiego najlepszego, Mamo

***

I didn’t know Edward Dwurnik. It’s just that my friend once negligently uttered: Hey, do you know that… you know whom, that Polish painter, the one… all about eyes… and oooo, about the tulips!!!

So now I know Edward Dwurnik. The man would call himself “a guy with no artistic vision,” and despite that, he would go to the Fine Arts; and yet, despite that, wouldn’t acquire the ‘vision’. Not until he discovered Buffet or Nikifor, did he plunge into creative activity. Apparently, only by miracle did I miss Dwurnik in the artistic scene, while he continues to receive awards in Paris, Seoul, and exhibit in Vienna, Basel, or Washington DC, and by now must be painting his 5000-odd picture. I got to know Dwurnik as the one all about oooo, the tulips!!!

It hadn’t been for the tulips from the “Cycle XXIII” though I was charmed by. It hadn’t been that simplest form of three-dimensionality (or the lack of it at all), of the most linear demonstration of perspective, from the so-called ‘unengaged cycle,’ derived from the admiration of a paint aggressively spilled over the canvas in Pollock’s Tachisme style. I was mesmerized by his „Hitch-hike travelling”, and it’s later improved alterations of “Diagonal” and “Sky-blue cities”. Something’s going on here; something much more dynamic than the expressionistic jolting of a paintbrush. Here is the author’s struggle to integrate the three-dimensional point of view with the flatness of the picture. The city seen from this angle deforms it’s proportions. It becomes so claustrophobically packed that almost comes to life.  There’s something in here that the author reveals to us  – his fear,  or alleged disgust for human assemblage… It’s only with the “sky-blue cities” that the relief comes. The painter cites Goethe’s prescription: “unite your eye and spirit unisono, and let yourself be engulfed by this blueness.” It’s unimaginable for me how one can obtain an effect of an almost absolute black by double layering of Prussian blue, or that of a blinding white by bleaching of cerulean blue. Blue is noble because it never bores; in reality, it is soothing , as it could soothe the perturbed chaos of Dwurnik’s urban “Hitch-hiking”.  It frees by viewing from the top: the hectic sight of the city from the street perspective is purified by “bird’s eye view.” It gives a synthesis of the city, and a synthesis of human fate in a metaphoric sense.

Dwurnik’s recent abstract paintings resign from the quality of being beautiful, they do not even care to appear as such. They seem to be a sudden, yet euphoric escape from the matter, from meaning. The artist works a lot and fast, as if he wanted to forget about thinking and let loose his intuition. ‘Cause simply, sometimes reality is hard to bear. One can find some piece and escape from it in the vistas of a sea – there’s nothing here but the pure blueness of intertwining waves. These tulips are the same sort of an escape…

All the Best, Mom